czwartek, 23 maja 2013

Słoneczna niedziela w Isimila Stone Age


Jeśli ktoś byłby kiedykolwiek w pobliżu Iringi, musi koniecznie odwiedzić Isimila Stone Age Site. To przepiękne i bardzo fascynujące geologicznie miejsce, oddalone jedynie 16 km od tego miasta. Pod koniec 1950 r. naukowcy z Uniwersytetu w Chicago ustalili, że cała ta dolina wypłukana przez erozję ma ponad 60000 lat. 
Noo i to by było na tyle mądrych wiadomości - teraz zdjęcia:





Na wycieczkę załapałam się całkiem przypadkiem: moja współlokatorka F. jechała z rodzicami (akurat przyjechali w odwiedziny) i zaproponowali żebym dołączyła. Nie miałam pojęcia co to za miejsce, więc postanowiłam trochę poszukać zanim zdecydowałam pojechać. Na temat Isimila Stone Age nie ma żadnej informacji w moim przewodniku Kenia, Tanzania, Zanzibar Pascala, który dostałam przed wyjazdem od mojego braciszka. Aczkolwiek F. stwierdziła, że jak pojadę i zobaczę, to na pewno nie będę żałować – i miała rację!;) 
W pierwszą stronę jechaliśmy dala dala ok. 45 min., ale udało nam się nawet dostać miejsca siedzące. Dala dala to taki typowy afrykański minibusik. Stary, rozpadający się i przeładowany niemiłosiernie (miejsca jest na 14 osób, ale jak się murzyn ściśnie to wchodzi ponad 30). Dala dala nie ma rozkładu jazdy, ani ustalonych przystanków. Z głównego postoju odjeżdża dopiero jak jest pełniusieńki, a zatrzymuje się wszędzie gdzie tylko zobaczy potencjalnego pasażera. Kiedyś przejażdżka minibusem kosztowała 1 dolara i ponoć od tego wzięła się jego nazwa. My za przejazd zapłaciliśmy 1500tzs. Oczywiście jako „mzungu” zostaliśmy troszeczkę oszukani, gdyż wszyscy inni płacili 1000tzs.










Pierwsze cudne krajobrazy zauważyć można tuż po opuszczeniu busika. Droga, pełna glinianych „prawdziwych” afrykańskich domków, prowadzi najpierw do muzeum, gdzie trzeba normalnie zapłacić za wstęp 20000tzs/os, ale tym razem nam się udało i utargowaliśmy połowę ceny.
Muzeum – jak dla mnie nic specjalnego. Natomiast skały... ahh naprawdę robią wrażenie! Spacerowaliśmy ponad 3h, a ja przez cały czas nie mogłam przestać robić zdjęć... Dla takich widoków warto znieść chwilę niewygody w dala dala;)

P.





niedziela, 5 maja 2013

Matema i Malawi Lake


Matema to mała rybacka wioska leżąca nad północno-wschodnim brzegiem Jeziora Malawi (w suahili Nyasa) w południowej części Tanzanii. Jezioro Malawi to 3 co do wielkości słodkowodne jezioro w Afryce i 8 co do wielkości na świecie. "Nyasa" w języku suahili oznacza "duży zbiornik wodny" – czyli po prostu "jezioro". 

Do Matemy jechaliśmy z Iringi ok. 450 km, jedyne 9 h samochodem. Jedyne, bo biorąc pod uwagę stan niektórych dróg, korki czy wypadki to naprawdę szybko. Po drodze mijaliśmy przecudne plantacje herbaty i ciągnące się po horyzont pasma górskie. Przy drodze można kupić bardzo tanią herbatę. J. twierdzi, że jest kradziona z pola, dlatego jej nie kupuje – w końcu porządny z niego Niemiec. Na drogach można spotkać bardzo dużo policjantów kontrolujących prędkość i mimo że co chwile są tu garby zwalniające, kierowcy jeżdżą jak szaleni. Oczywiście i mój szef to crazy driver, przekroczył prędkość aż o 11 km/h – kosztowało go to 30000 tsh (15e). Ponoć bardzo dużo kierowców jeździ tutaj bez prawa jazdy - to by tłumaczyło tą ogromną liczbę wypadków. Dojazd do Matemy nie jest łatwy bez własnego transportu. Lokalne autobusy często zawodzą i podróż nimi może trwać wieki. 


Na miejscu dopiero przekonałam się dlaczego Matema Beach uznawana jest we wszystkich przewodnikach za najbardziej malowniczą plażę Tanzanii. Zdjęcia mogą nie oddawać tego klimatu, bo mądra ja zapomniałam ładowarki do baterii od aparatu i niestety większość zdjęć jest zrobiona telefonem...



Na plaży w Matemie J. wybudował kilka obiektów, ale my jechaliśmy przede wszystkim na budowę domu dla niemieckiego małżeństwa. Pani doktorowa i jej mąż byli tak dumni ze swojego nowego domu, że z zachwytu prawie całowali J. po rękach za ten „cudny” projekt. 


Innym projektem J. w Matema Beach jest „Titanic house”. Pod koniec budowy inwestor stwierdził, że dom już mu się nie podoba i postanowił oddać go luterańskiej diecezji. Jednak „Titanic” nie sprawdził się jako hotel, więc od 4 lat stoi pusty...


 Wieczorem na plażę schodzi się pół wioski, żeby zrobić pranie, łowić ryby czy po prostu się wykąpać. Dzieciaki miały ogromną radochę jak zobaczyły że robię zdjęcia, zaczęły się wygłupiać i pozować;)



Na plaży poznałam Kennedyiego i jego kumpla, którego imienia nie potrafię wymówić a co dopiero napisać... O dziwo, wiedzieli gdzie leży Polska i jaka jest stolica (może dlatego, że Kennedy jest nauczycielem w pobliskiej szkole?). Ja przyznaję się od razu, że zanim pojechałam do Tanzanii musiałam dokładnie wygooglować co i gdzie.

 

Podczas spaceru przypadkowo trafiłam na hotel prowadzony przez Niemca – Thomasa. Jak się później okazało Thomas to dobry kumpel J. i oczywiście to jego projekt. Noc w ekskluzywnym bungalow kosztuje 90000tzs (ok.45e), ale jest też mniej wypasiona opcja za 20000tsh. Od maja do grudnia ciężko z wolnymi terminami, bo Matema Beach jest oblegana przez niemieckich turystów...

 




3 dni w Matemie szybko minęły i trzeba było wracać. W drodze powrotnej przejeżdżaliśmy prze Tokoyo i zatrzymaliśmy się na targu z bananami. J. kupił 20kg zielonych bananów za 4e. Zielone banany (takie które się gotuje) smakują jak ziemniaki i najczęściej są tu podawane z sosem pomidorowym, jakimś mięsem i ryżem.
pozdrawiam,
P.


środa, 1 maja 2013

Pierwsze wieści z Tanzanii


Po bardzo długiej podróży z Warszawy (z przesiadką w Katarze - Doha) w końcu lądowanie na w Dar es Salaam. Welcome in Africa!;) 
Pierwsze wrażenie? Doskonale opisuje zdanie: „One of the most important reasons to travel is to know what it feels like to be a foreigner.” Strasznie dziwnie się człowiek czuje na początku, gdy wszyscy murzyni wokół gapią się na Ciebie jak na małpkę w zoo. Ale powoli się przyzwyczajam i nie reaguję już jak krzyczą mzungu;)


Na lotnisku trzeba było tylko wypełnić formularz wraz z podaniem o wizę, zapłacić 50$, pokazać żółtą książeczkę szczepień i po około godzinie stania w kolejce bezproblemowo otrzymuje się wizę na 3 miesiące. Jak chyba wszędzie przed lotniskiem turystów zaczepiają taksówkarze, ale na szczęście na mnie czekał już J. i jego niezastąpiony Land Cruiser.



Dar es Salaam to największe miasto w Tanzanii (mimo że oficjalną stolicą jest Dodoma) i jedno z najszybciej rozwijających się miast na świecie, co daje się odczuć stojąc 2h w korku jadąc 12 km z lotniska do centrum. Nazwa miasta oznacza 'oazę spokoju', jednak spokój można odnaleźć tu jedynie wieczorem na plaży. W centrum w ciągu dnia panuje straaaszny chaos, mnóstwo ludzi i  jeszcze więcej samochodów.


Pierwsze 3 dni w Dar es Salaam spędziliśmy na plaży Kigamboni, bo to tu będą stały wszystkie projekty, które będziemy przez kolejne 3 miesiące z J. rysować.  Na prawdziwe zwiedzanie miasta przyjdzie dla mnie jeszcze czas w maju i czerwcu. Klimat w Tanzanii jest tropikalny, temperatura cały czas przekraczała 30°C, dlatego dopiero pod wieczór, gdy pojawił się łagodny wiatr znad Oceanu Indyjskiego udało mi się wytrzymać na plaży dłużej niż 10 minut i zrobić kilka zdjęć.





Aaa i jeszcze parę zdjęć domów przy plaży, żeby udowodnić że, nie wszyscy mieszkają tu na drzewach/pod drzewem, w gliniankach, bambusach, lepiankach czy innych takich...


Dar es Salaam to zdecydowanie nie jest typowa Afryka, jaką sobie wyobrażałam.
pozdrawiam,
P.